updated 11:44 PM CEST, Jun 26, 2019
A+ A A-

Ustawa Don Kichota, czyli walka z wiatrakami

Nie możemy narzekać na spokój i ciszę w naszym życiu publicznym. Do wielu obszarów konfliktu dołączył kolejny: przyszłość elektrowni wiatrowych. Rządowy projekt ustawy o farmach wiatrowych, ostro krytykowany przez opozycję, spotkał się z jednomyślnym oporem całej branży.

Aby właściwie ocenić ten projekt, obrazowo rzecz ujmując, trzeba patrzeć nie na pojedyncze drzewa, a na cały las. Czyli na rozwój farm wiatrowych w kontekście unijnej polityki klimatycznej. Dla Polski, która wciąż „węglem stoi" (choć ten czas musi się skończyć) jest to szczególnie istotne.

Przypomnijmy najbardziej kontrowersyjne zapisy proponowanego prawa. Po pierwsze – wiatraki będzie można budować w odległości wynoszącej maksimum dziesięciokrotność wysokości masztu od najbliższej zabudowy mieszkalnej. W ocenie branży uniemożliwi to budowę turbin na niezagospodarowanych dotąd obszarach i odwrotnie – ograniczenia w budowie domów tam, gdzie już stoją wiatraki. Po drugie, właściciele istniejących już siłowni wiatrowych będą co 2 lata musieli uzyskiwać nową zgodę na eksploatację i płacić na obowiązkowe przeglądy techniczne. A wszystko to pod sankcją karną.

Przedstawiciele firm wiatrowych, podpierający się opiniami ekspertów, nie grają zręcznie, stawiając na jednej płaszczyźnie obie kontrowersje. Wymogi odległościowe powodują bowiem, że inwestycje w ten rodzaj OZE wyhamują, w konsekwencji mogą stać się nieopłacalne. Nie można bowiem traktować siłowni wiatrowych jako sztuki dla sztuki – ot, stoją sobie wiatraki, bo tak się w Europie przyjęło, a Unia na to płaci. Równie dobrze można by budować konwencjonalne elektrownie w takim oddaleniu od odbiorców energii, że jej przesył stałby się nieopłacalny. Jako argument za forsowanym rozwiązaniem podaje się często możliwość zagrożenia życia i mienia gdyby – hipotetycznie – urwało się skrzydło od turbiny. Jednak statystycznie o wiele bardziej prawdopodobne jest to, że na mieszkalne budynki spadnie samolot. A przecież nikt z tej przyczyny nie chce zamykać polskiego nieba dla ruchu lotniczego.

Co do drugiej kontrowersji – osobiście nie widzę nic skandalicznego w tym, że na właścicieli farm wiatrowych nałoży się obowiązek regularnych przeglądów technicznych. Bezpieczeństwo zawsze musi ustąpić przed argumentem kosztów. Jeśli chodzi o konieczność odnawiania zgody na eksploatację – tak, ale prawo winno być w tym przypadku niezwykle precyzyjne. Inaczej od kaprysu urzędnika będzie zależeć to, czy siłownia ma działać dalej, czy też będzie musiała zostać zamknięta. Pamiętajmy, że nieprecyzyjne zapisy to nie tylko przyzwolenie na urzędniczą samowolę, lecz czynnik sprzyjający korupcji.

Wracając do kwestii finansowych: skoro ustawodawca wprowadza kosztowne przeglądy, powinien przeanalizować, czy w połączeniu z innymi daninami obciążającymi właścicieli farm wiatrowych nie doprowadzi tego biznesu na krawędź bankructwa. Może trzeba zmniejszyć inne obciążenia, aby inwestycje w OZE nie stały się fikcją?

Na koniec kilka słów o wspomnianym na początku lesie, czyli wymogach Unii Europejskiej. Do 2020 r. nasz kraj musi produkować 15 proc. energii ze źródeł odnawialnych. Jeżeli ograniczymy możliwość budowy farm wiatrowych, to ręce mogą zacierać zagraniczne firmy. Polska będzie bowiem zmuszona do importu drogiej, zielonej energii z Niemiec, poza tym zwiększą się inwestycje w fotowoltaikę. To zaś oznaczać będzie import paneli z Chin, które są światową potęgą w produkcji takich urządzeń. Stracą polskie firmy, stracą również polskie gminy, dla których opłaty od farm wiatrowych są ważną pozycją w ich budżetach.

Złe prawo łatwo uchwalić, trudniej zmienić, a najtrudniej usunąć jego skutki. Dlatego warto zastanowić się nad zmianami – nawet na ostatnim etapie procesu ustawodawczego.

Please provide full Credentials Infomation