updated 10:57 PM CEST, Jun 15, 2019
A+ A A-

Nie wolno ośmieszać idei jawności

Wyróżniony Nie wolno ośmieszać idei jawności fot. Pixabay

Politycy mają listę ulubionych słów, którym nadają znaczenie wedle aktualnej potrzeby albo wedle widzimisię.

Na tej liście jest i pojęcie jawności – fundamentalne dla demokracji i nowoczesnego społeczeństwa. Szkoda, że ta jawność bywa wybiórcza, a stosowana jako polityczna broń przyczynia się do zdezawuowania demokratycznych wartości w oczach obywateli. W dodatku, jak się okazuje, są jawni i jawniejsi.

Kilka tygodni temu analizowałem pomysł nowelizacji ustawy o Narodowym Banku Polskim. Jak to zwykle w Polsce bywa, sklecono ją pospiesznie w odpowiedzi na medialne doniesienia o zarobkach dwóch pań dyrektor z NBP. Ustawa jest jeszcze w procesie legislacyjnym, lecz wszystko wskazuje, że zostanie uchwalona. W rezultacie Polska, jako jedyny unijny kraj poza Rumunią, ujawni personalne zarobki konkretnych dyrektorów newralgicznej instytucji, a dodatkowo wprowadzi własne, innowacyjne rozwiązanie. Chodzi o ujawnienie wstecz, aż do 1995 roku, zarobków wszystkich członków zarządu i dyrektorów banku centralnego. Szukam, szukam, ale nie potrafię znaleźć społecznej korzyści wynikającej z faktu, że każdy obywatel dowie się, że w 1997 roku dyrektor Iksiński zarobił tyle a tyle. Takie ujawnienie z pewnością kosztuje, i to dosłownie, bo trzeba zaangażować w to legion urzędników i informatyków. Nie pierwsza to polityczna hucpa, opłacana z naszych kieszeni.

Nie potrafię również zrozumieć, dlaczego jedna z instytucji publicznych ma być traktowana w sposób wyjątkowy. Dlaczego pensje dyrektorów mają być jawne – i to ćwierć wieku wstecz – tylko w NBP.

A Komisja Nadzoru Finansowego, Najwyższa Izba Kontroli, Sąd Najwyższy i sądy w ogóle, Polski Fundusz Rozwoju i cała rzesza innych podmiotów nie zalicza się do kluczowych organów państwa? A co z partiami politycznymi, dotowanymi z budżetu? Jeżeli ustawodawca chce, byśmy poznali zarobki dyrektora Iksińskiego z NBP, to dlaczego nie możemy poznać wynagrodzenia dyrektor Igrekowskiej z NIK czy dyrektora Zetowskiego z biura partii? Lansowany przez grupę posłów PiS z Mariuszem Kamińskim na czele projekt o szerokiej jawności w zakresie instytucji publicznych miał tę zaletę, że przynajmniej nie dzielił tychże instytucji na mniej i bardziej uprzywilejowane.

Niewiele jest rzeczy groźniejszych dla demokracji, niż wykorzystywanie jej wartości do uzasadniania czysto taktycznych, politycznych posunięć. Zobaczcie Państwo, jak w ostatnich latach zdewaluowały się pojęcia konstytucyjności, wolności słowa, sprawiedliwości – i samej demokracji. Chciałoby się zacytować Wyspiańskiego – „ale świętości nie szargać, bo trza, aby święte były”. Obawiam się, że ten sam los może spotkać jawność. Polacy mają święte prawo wiedzieć, jak zarządzane są publiczne instytucje. Trzeba jednak postawić wyraźną granicę między potrzebną jawnością a niepotrzebnym i szkodliwym populizmem. Poważne europejskie demokracje wypracowały nieźle funkcjonujące modele. Niekoniecznie musimy kopiować system szwedzki, w którym jawny jest PIT każdego obywatela, ale powinniśmy opracować nasz polski, spójny system. Na razie jest pakiet niespójnych regulacji, ale żadnego systemu nie widać.

Please provide full Credentials Infomation