updated 3:02 PM CET, Nov 16, 2018
Na żywo:
A+ A A-

18 do 1, czyli kto i co nam serwuje w fastmediach

Wyróżniony 18 do 1, czyli kto i co nam serwuje w fastmediach fot. wei.org.pl

Od dawna było wiadomo, że główne media promują poglądy lewicowe i postępująco postępowe, tępią zaś konserwatywne.

Ta świadomość była jednak czymś w rodzaju opartego na obserwacji przeczucia. Okazało się jednak, że są tacy, co to udowodnili.

Konkretnie zaś Duńczycy. Cierpliwi i dokładni przeprowadzili badania wśród ponad 3300 dziennikarzy z 17 państw. Polski wśród nich nie było, bo miały to być kraje najbardziej rozwinięte. Może jesteśmy na 18 miejscu, albo jakoś w pobliżu, choć tak jak Wiech, przypuszczam, że wątpię.

Tak, czy owak teraz mam to na piśmie z odpowiednim stemplem: konserwatyzm jest w mediach tępiony, a co najmniej niemile, albo i wcale widziany. Skala zjawiska okazała się jedna porażająca, by użyć ulubionego określenia z mediów rozmodlonych socjalistów. W redakcjach jest 3 razy więcej feministek i zielonych, niż średnio w populacji. Nieco rzadziej do mediów pchają się komuniści, entuzjaści Unii i tzw. liberalni demokraci – tacy jak od nas z PO, czy dawnej Unii Demokratycznej/Wolności, czyli generalnie lewica z urzędów, korporacji i szkół, albo taka, co dużo siedzi w domu i Starbuksie, bo ma wolny zawód. Tych po redakcjach jest dwa razy więcej niż w populacji.

Okazało się również, że proporcje te wprost przekładają się na dobór tematów, oraz sposób opisywania i komentowania rzeczywistości. Krótko mówią jeśli gdzieś w kółko czytamy o prawach kobiet, parytetach płciowych i takich tam, to nie dlatego, że społeczeństwo jakoś specjalnie się tym interesuje, ale dlatego, że to feministki zaludniają redakcje.

Dokładnie na odwrót, a nawet o wiele bardziej niż dokładnie na odwrót, jest z konserwatystami. Tych w redakcjach jest średnio 6 razy mniej niż ogółem w społeczeństwie. Sądzę, że na swój sposób jest to jednak dla konserwatystów korzystne i sprzyja pielęgnowaniu życia rodzinnego. Gdy bowiem taki mało postępowy człowiek ogląda sobie co tam w telewizorze, albo coś tam czyta, to może mu się zdawać, że ze swoimi poglądami jest jakimś dziwakiem. W naturalny więc sposób zwraca się ku kochanej rodzinie, która z dużym prawdopodobieństwem podziela jego wsteczny światopogląd. Jasno oświetleni nie tworzą przecież stadeł z kołtunami i zacofańcami.

Ale wracając do naszych baranów. Jak by na to nie patrzeć, to proporcje w redakcjach pomiędzy takimi feministkami, a konserwatystami versus te w społeczeństwie, wynoszą 18 do 1. W przypadku zaś liberalnych demokratów, czy komunistów 12 do 1.

To oczywiście ma swoje poważne konsekwencje, a to dlatego, że na świecie są zawodowi politycy. Ci zaś żyją całkowitym odrealnieniu i w pełnej symbiozie z mediami, z którymi karmią i chronią się nawzajem. Taki polityk znający świat tylko z medialnych opisów, czego się tam od nich dowie, to bierze za rzeczywistość. W naturalny więc sposób swój program układa tak, by podlizać się społeczeństwu, bo myśli, że ono myśli, tak jak myśli dziennikarz. Skoro w gazecie piszą o palącym problemie nieformalnych związków, to znaczy, że jest palący problem nieformalnych związków.

Ta wielka dysproporcja i rozdźwięk pomiędzy tym, czym żyją redakcje, a ogół społeczeństwa i tym jak postrzegają świat, może w jakiś sposób tłumaczyć coraz częściej powtarzające się wpadki rożnego rodzaju ekspertów. Najjaskrawsze przypadki z ostatnich lat to zwycięstwo PiS, czy Trumpa w Ameryce i Brexit. Do wygranej we wrześniowych wyborach szykuje się np. antyunijna i antyimigrancka partia Szwedzkich Demokratów. O tym oczywiście trudno się dowiedzieć, bo nie ma ich w redakcjach, więc nie ma komu informować, że zaczynają prowadzić w sondażach.

Dokładnie to samo zjawisko można było zaobserwować przy okazji Brexitu. Nawet jeśli niektóre badania opinii społecznej wskazywały, że Brytyjczycy mogą zagłosować za opuszczeniem Unii, to lekceważono je, bo nie znajdowały one swego odbicia w mediach zaludnionych wielbicielami brukselskich porządków.

Oprócz możliwości wzmożonego życia w rodzinnym stadle, konserwatyści odnoszą jednak z tej sytuacji jeszcze jedną korzyść. By znaleźć gdzieś dowód, że ze swymi wstecznymi poglądami nie są samotni na tym świecie, muszą szukać, wybierać i analizować. Zmuszani są do wysiłku i pracy. Nie mogą się bowiem karmić fastnewsami z łatwych do znalezienia fastmediów. Strawa w nich serwowana powoduje zaś otłuszczenie umysłu i zatkanie przewodów przesyłających myśli. Dlatego też są w znacznie lepszej kondycji intelektualnej, co z kolei dowiedli badacze z USA. Ale to już temat na zupełnie inną wypowiedź pisemną.

Warszawa