updated 1:35 PM CET, Dec 10, 2018
Na żywo:
A+ A A-

"Ja się nie znam...

  • Napisane przez Juliusz Erazm Bolek
  • Dział: Film

...to się chętnie wypowiem" stwierdził kiedyś ironicznie Stanisław Tym i okazuje się, że – niestety – są osoby, które tę dewizę traktują całkiem serio i wcielają w życie. Zgodnie z nią, ostatnio baty zbiera „Bitwa pod Wiedniem". Podobno kiepski. Piszę w trybie przypuszczającym, ponieważ krytykujący ten obraz w większości filmu nie widzieli. I właśnie tak jest najłatwiej: wypowiadać się na tematy, o których się nic nie wie. Wtedy najłatwiej o szczerą, niczym nieuzasadnioną nienawiść.

Agresja i nienawiść wobec filmu „Bitwa pod Wiedniem" ujawniła swoje oblicze w wielu mediach, a także na forach dyskusyjnych i portalach społecznościowych. Argumenty przeciwko filmowi samozwańczych krytyków i ekspertów w dziedzinie kinematografii, z którymi miałem okazję się zapoznać są miałkie i często nie na temat. Przeważnie podnoszone są argumenty z kategorii „ja bym to lepiej nakręcił". Taka aktywna postawa mnie bardzo cieszy i zawsze w takich sytuacjach odpowiadam: zróbcie to po swojemu i udowodnijcie, że można lepiej. Jak widać Polacy nie tylko dobrze znają się na tak tradycyjnych obszarach kompetencji jak służba zdrowia, czy piłka nożna. Okazuje się, że znamy się także na kręceniu filmów.

Samego filmu „Bitwa pod Wiedniem" bronić nie chcę, bo go nie widziałem podobnie jak większość krytyków. Specjalnie powstrzymałem się od oglądania przed napisaniem tego tekstu, aby móc prowadzić dialog na poziomie teoretycznym.

Czy film ma prawo być zły?

Otóż ma. Warto zauważyć, że z tego przywileju korzysta większość obrazów. Jakoś tak się dzieje, że więcej powstaje kiepskich filmów niż dobrych – ekrany sal kinowych nie są zapełnione dziełami wybitnymi, ale dużą ilością filmów przeciętnych, część produkcji jest kiepskich, a czasami trafiają się dzieła wybitne. Ta reguła obowiązuje na całym świecie.

„Bitwa pod Wiedniem" to film realizowany w 120 dni zdjęciowych, przy którym pracowało 250 członków ekipy, 116 aktorów z 11 krajów świata, 10 tys. statystów, 3 tys. koni i 3450 profesjonalnych jeźdźców. Z podsumowania tych liczb wynika, że to przedsięwzięcie przypomina skalą duże przedsiębiorstwo, z ogromną liczbą zmiennych i trudności logistycznych, których wcześniej nie można było przetestować, bo każdy film jest dziełem jednorazowym, a nie powtarzalnym.

Kiedy już jesteśmy przy liczbach to warto wiedzieć, że dla potrzeb „Bitwy pod Wiedniem" uszyto 2770 kostiumów, wykonano 1780 par butów, 320 peruk, 220 włóczni oraz 45 ogromnych armat. Zużyto 100 tys. stóp taśmy filmowej, wykonano 2320 ujęcia z efektami komputerowymi, których wykreowanie zajęło 180 tys. godzin i zostało zrealizowanych przez 30 wyspecjalizowanych w różnych obszarach firm z 7 krajów świata. Być może ten rozmach był żywiołem, nad którym trudno było zapanować. Oczywiście ci, którzy zza swoich biurek krytykują film, z pewnością zmobilizowaliby jeszcze większe zasoby i lepiej skoordynowali ich pracę, efektem czego, byłoby powstanie dzieła wybitnego. Jedyne co ich powstrzymuje przed tym krokiem, to brak chęci.

Nie ma recepty gwarantującej filmowi sukces, choć wszyscy, którzy angażują się w przedsięwzięcie głęboko wierzą, że tak będzie. Jednak na starcie nie da się tego zadekretować. Film to bardzo złożone dzieło sztuki, a finalny efekt to wypadkowa bardzo wielu czynników, wśród których króluje przypadek. Sam jestem twórcą i wiem, jak wielką rolę w akcie twórczym on odgrywa. Czasem jest to wpływ pozytywny, czasem negatywny, a czasem dotyczy po prostu nieuwzględnionego aspektu. Przewidywanie wszystkich skutków własnego działania to wielkie mistrzostwo, ale doświadczenie uczy, że wszystkiego przewidzieć się nie da. Gdyby to było możliwe, to życie byłoby dziecinnie łatwe.

Czy film „Bitwa pod Wiedniem" jest dobry czy zły? Nie widziałem, to nie wiem. A jak nie wiem, to się nie wypowiem. Warto jednak podkreślić, że bardzo wiele przedsiębiorstw zawierzyło twórcom. Jest to koprodukcja międzynarodowa. Co oznacza, że filmowcom zaufali ludzie z różnych krajów, w większości zawodowcy. Z tego wynika, że twórcy co najmniej uprawdopodobnili sensowność przedsięwzięcia. Nie da się uzyskać większej pewności przed uruchomieniem produkcji. Oczywiście efekt finalny może odbiegać od oczekiwań. Widziałem to już na wielu przykładach nie tylko w filmach, ale przy budowach domów, szyciu ubrań, a nawet pieczeniu ciasta.

Ci, którym "Bitwa pod Wiedniem" się nie podoba dowodzą, że film nie spełnia ich oczekiwań.

Może te oczekiwania są błędne albo oczekiwali za dużo. Ciekawe jak film zostanie przyjęty w innych krajach. Osobiście się cieszę, że ktoś przypomniał wielkie chwile polskiego oręża, tym bardziej, że nie byli to Polacy, co wskazuje, że znaczenie tego wydarzenia militarnego za znaczące uznają też inni. W tym kontekście wolę „Bitwę pod Wiedniem" od udawania kopania przez polską reprezentację piłki podczas EURO. Zwycięstwo pod Wiedniem było prawdziwym i bezdyskusyjnym sukcesem w skali międzynarodowej. A uzyskany przez naszą reprezentację wynik... powiedzmy, że pozostawia wiele do życzenia.

Ofiarą nagonki padli też sponsorzy filmu „Bitwa pod Wiedniem". To szczególnie przykre, ponieważ należy doceniać wszelkie działania przedsiębiorstw, kiedy podejmują one decyzję o przywdzianiu się w szaty mecenasów sztuki, co jest przecież aktem dobrej woli – nie muszą tego robić. Mowa o nietrafnie wydanych pieniądzach jest bezpodstawna, ponieważ większość wydatkowanych przez nich środków poszła na promocję. Jeszcze bardziej śmieszne jest pisanie o błędnej decyzji. Warto przypomnieć, że oprócz koncernu w projekt zaangażowały się tak duże firmy jak Polkomtel czy KGHM oraz wiele mediów, w tym, między innymi, te znaczące takie jak: Gazeta Wyborcza, Newsweek, TVP, Onet, RMF FM, Viva. Do przedsięwzięcia przystąpiło też Muzeum Wojska Polskiego i Muzeum Pałac w Wilanowie. Za każdym razem przy pozyskiwaniu partnera od początku był przeprowadzany proces decyzyjny i to przez innych ludzi. Jeśli zatem pojawia się zarzut błędu, to musiałby być błąd popełniony wielokrotnie, przez wielu ludzi, w różnych organizacjach. Czyżby na forach internetowych „pracowali" lepsi fachowcy, którzy potrafią trafniej ocenić projekt?

Osobiście dziękuję wszystkim, którzy się w projekt zaangażowali, dali się uwieść wizji reżysera, podjęli ryzyko (ryzyko jest wpisane w każde przedsięwzięcie, a zwłaszcza artystyczne). To świadczy o tym, że są zdolni marzyć, że chcą czegoś, że do czegoś dążą. Ci, którzy działają, wcześniej czy później swoje cele osiągną. To dużo lepsze niż pogrążanie się w zazdrości i frustracji niemocy. I wypowiadanie się na tematy, o których nie ma się pojęcia.

Warszawa