updated 12:51 PM CET, Dec 7, 2018
Na żywo:
A+ A A-

Arcach - Górski Karabach: Państwo, którego nikt nie uznaje

  • Napisane przez Cezary Rudziński
  • Dział: Globtroter
Arcach - Górski Karabach: Państwo, którego nikt nie uznaje Fot.: Cezary Rudziński

Propozycja była zachęcająca. Pojechać do Republiki Arcach (Republic of Mountainous Karabakh – Artsakh), znanej bardziej jako Górski Karabach, ormiańskiego państewka, którego żaden kraj, nawet Armenia nie uznaje. Chociaż w obecnych granicach „przyklejonego” do niej, ale formalnie nadal ormiańskiej enklawy w Azerbejdżanie. Obiektu konfliktu między tymi zakaukaskimi państwami i narodami. Cel wyjazdu było poznanie tamtejszych, bardzo ciekawych zabytków i krajobrazów oraz zobaczenie jak ten kraj funkcjonuje oraz żyją jego mieszkańcy.

Górski Karabach nawiązuje do historycznej nazwy Arcach – jednej z prowincji Wielkiej Armenii, jaką był on od początku II w p.n.e. do lat 390. n.e.

Krwawe konflikty

Później znalazł się w zależnej od Persji Kaukaskiej Albanii. Od IX do przełomu XVI-XVII w należał do ormiańskiego księstwa feudalnego Chaczen. Wszystko to piszę w ogromnym uproszczeniu i skrócie, gdyż dzieje tego skrawka górzystej kaukaskiej ziemi były – i są – burzliwe oraz skomplikowane. A ich prezentacja w źródłach armeńskich, azerbejdżańskich i... rosyjskich, bo i Rosji Arciach – Górski Karabach podporządkowany był od początku XVIII wieku, różni się niekiedy w sposób istotny. Mieszali tam zresztą także... Brytyjczycy w 1919 roku, których dowództwo na Kaukazie przekazało Górski Karabach Azerbejdżanowi.
Z prawem do autonomii terytorialnej i kulturalnej, co później, mimo protestów Armenii i Ormian, potwierdziła paryska Konferencja Pokojowa w 1920 r. i bolszewicy, nowi władcy Kaukazu i Zakaukazia. Nie do cudzoziemca należy zresztą, zwłaszcza, gdy nie ma w tym zakresie bardziej szczegółowej i kompetentnej wiedzy historycznej, ocena, która ze stron w tych sporach miała czy ma rację. Zarówno odnośnie przeszłości, jak i współcześnie. Może tylko odnotować, że przyniosło to dramatyczne skutki w postaci krwawych konfliktów, również zbrojnych – nie tylko po upadku ZSRR i powstania niepodległych: Armenii i Azerbejdżanu.

Co można zobaczyć na mapach?

Bo miały one miejsce również wcześniej, w postaci wzajemnych pogromów oraz krwawych walk, chociażby w latach 1905-1906. Czy skutecznych zmian składu etnicznego mieszkańców w latach 20-30 i później, w rezultacie planowej działalności rządów w Baku. Do likwidacji Nagorno – Karabchskiego Okręgu Autonomicznego, jak nazywał się on po rosyjsku, włącznie. I walk zbrojnych azerbejdżańsko-armeńskich w latach 1991-1994, które zakończyły się powstaniem Republiki Górskiego Karabachu obejmującej nie tylko ogromną większość ziem dawnej autonomii.
Ale również wywalczeniem przez tamtejszych Ormian nie tylko korytarza łączącego Arcach z Armenią, lecz także zajęciem, wcześniej azerbejdżańskich, terenów wzdłuż granicy. W rezultacie czego oba te kraje na wspólnym jej odcinku ściśle przylegają do siebie. Widać to doskonale na mapach. Dodam, że jedyną odrębną mapę Arcachu otrzymałem w hotelu w jego stolicy, Stepanakercie. Natomiast w hotelach i placówkach informacji turystycznej w Armenii wyłącznie w postaci jednolitego obszaru „Armenii i Karabachu”. Tego drugiego tylko na niektórych wyróżnionego innym kolorem, ale potraktowanego podobnie jak inne regiony tej pierwszej.

Nieuznawany, ale ...

Chociaż również Armenia, podobnie jak inne kraje świata, formalnie nie uznaje Republiki Arcachu – Górskiego Karabachu, jako odrębnego tworu państwowego. Mimo iż ma ona demokratycznie wybrane władze: prezydenta, parlament i rząd, w obiegu są w nim armeńskie pieniądze – dramy, na samochodach tablice rejestracyjne Republiki Armenii, a obywatele mają jej paszporty. Różnią się tylko ich herby. Ale już flagi tylko nieznacznie. Po prostu w Arcachu na czerwono-granatowo-pomarańczową flagę Armenii nałożono - przy jej krańcu - biały wzór przypominający schody.
Starczy jednak chyba tych informacji historycznych i ogólnych, gdyż nasz autokar zatrzymał się właśnie na granicy „międzypaństwowej”. Trudno byłoby ją zauważyć, inaczej niż jest to np. między Mołdawią i zbuntowanym Naddniestrzem, gdyby nie ten postój. I zakaz fotografowania „infrastruktury granicznej”. Wolno tylko zrobić zdjęcia flag obu krajów. Przy wjeździe do Arcachu obowiązują, przynajmniej cudzoziemców, wizy. Organizator naszego wyjazdu, a zarazem przewodnik i pilot, załatwił jakąś zbiorową. Do „kontroli granicznej” zebrał nasze paszporty.

Granica i... Droga wolna!

Pogranicznicy, nie wychodząc do nas i nie porównując zdjęć w nich z twarzami podróżnych, sprawdzili tylko nazwiska na liście i... droga wolna! Wyjeżdżamy z wąwozu, w którym mieści się przejście graniczne. Jedziemy górskimi drogami w większości o dobrej, przeważnie nowej nawierzchni, lub ich nowymi odcinkami. O czym świadczą skarpy i pobocza ze świeżymi warstwami piachu i kamieni, nie porośniętymi jeszcze trawą i chwastami. Chociaż tu i ówdzie widać, jak gdyby przyklejone do skał na zboczach i wyrastające z nich, kwitnące czerwone maki.


W zasięgu wzroku jest przede wszystkim świeża, soczysta zieleń i kwitnące drzewa i krzewy. Na te wysokości wiosna dociera później. W oczy rzuca się również na każdym kroku, niespotykana na Kaukazie – i nie tylko – czystość. Wszędzie: na drodze i jej poboczach, w wioskach, a później miastach i w otoczeniu zabytków. A także sporo świeżo odnowionych, odnawianych lub wznoszonych budynków zarówno mieszkalnych, jak i użyteczności publicznej. Podobno diaspora, a poza granicami kraju żyje ponad dwa razy więcej Ormian niż w ojczyźnie, zbierane środki przeznaczają przede wszystkim na remonty i inwestycje w Karabachu.

Burzliwe dzieje Szuszy

Mijamy Berdzor z zaznaczoną na mapie świątynią, wjeżdżamy do pierwszego celu podróży, miasta Szusza (po azersku Şüşa), bardzo dotkniętego podczas ostatnich działań wojennych. Chociaż nie tylko. W tej byłej stolicy Chanatu Karabaskiego (1755-1823), która w końcu XVIII w. liczyła ponad 10 tys. mieszkańców, a w szczytowym okresie rozwoju podobno nawet 67 tysięcy, dziś mieszka ich niewiele ponad 4 tys. Jest niewielką, senną dziurą, odległą od stołecznego Stepanakertu o 11 km. Ma jednak długą i sporną historię. Jej nazwa po azersku znaczy Szkło.
W miejscowym dialekcie ormiańskim, różniącym się od używanego w Armenii, podobno Mgła, ale nie udało mi się tego potwierdzić w źródłach. Różnic w nich w opisach i informacjach historycznych jest zresztą sporo. Według azerbejdżańskich miasto to założył w 1752 r. Panach Ali-Bek. Ormianie powołując się na swoją „Ewangelię” z 1428 r. twierdzą, że jako wieś istniała ona już wówczas. Zaś według Armeńskiej Encyklopedii Sowieckiej tutejsza twierdza była znana w IX w. jako Szikakar, co znaczyło „Skała Scytów”. A według innej wersji Szusza zbudowana została na ruinach starego miasta o tej samej nazwie, zburzonego przez Mongołów.

Jak zmieniał się skład etniczny mieszkańców

Fakt, że były w tym miejscu stare armeńskie umocnienia, potwierdziły niedawne wykopaliska. Z długiej historii tego miasta odnotuję tylko, że w 1823 r., już po przyłączeniu do Rosji, mieszkało w nim 1111 rodzin muzułmańskich (nazywanych też tatarskimi) i 421 ormiańskich. W 1847 r. różnica między nimi znacznie zmniejszyła się, a w cztery lata później zrównała. W tymże XIX w. zrealizowano 3 plany rozbudowy Szuszy. Ormiańska była na górze, tatarska (azerska) na dole. Zbudowano m.in. ormiańską katedrę, meczety, szkoły, także azerską muzyczną, teatr i liczne domy mieszkalne, wodociąg itp. Kwitło życie kulturalne.
Miały jednak miejsce również konflikty etniczne ormiańsko-azerske. Bardzo krwawe i niszczycielskie, z podpalaniem domów, co powodowało pożary całych dzielnic, zabójstwami, pogromami, w 1906 roku. Kolejne wiosną 1918 r. w okresie powstawania Azerbejdżańskiej Republiki Demokratycznej, z zabójstwami i pogromami ludności muzułmańskiej. A także rabunkami i grabieżami, również podpalaniem domów. Po stronie azerbejdżańskiej działały nawet przez pewien czas wojska tureckie. Szczyt konfliktów przypadł na maj 1920 r.

Lata zmagań

Z Szuszy i ponad 30 okolicznych wsi doliczono się z góry 25 tysięcy uchodźców. W mieście pozostało jedynie 9,2 tys. ludzi, z czego tylko 289 Ormian. Konflikty wybuchały także w czasach sowieckich. W 1977 r. Rada Ministrów Azerbejdżańskiej SRR ogłosiła Szuszę miastem – rezerwatem. Pod ochronę wzięto jednak tylko zabytki azerskie, a ormiańskie niszczono, co powodowalo kolejne niezadowolenie Ormian. Ostatni, miejmy nadzieję, konflikt zbrojny miał miejsce w latach 1991 – 1992 po proklamowaniu Republiki Górskiego Karabachu.
Z położonej wyżej Szuszy bombardowano i ostrzeliwano, m.in. z ”Gradów” stołeczny Stepanakert. Mniej liczne siły armeńskie zdobyły jednak miasto 9 maja 1992 r. i przyłączyły do Górskiego Karabachu. Dzień ten stał się jego świętem narodowym. Ludność muzułmańska, a także kurdyjska, w większości wyjechała. Ślady tamtych walk nadal widoczne są w wielu miejscach. Usunięto już zniszczenia katedry ormiańskiej Ghazanczecoc (Chrystusa Zbawiciela), odbudowano sporo domów centrum. Ale w mieście na każdym kroku widzę ruiny.

W Stepanakercie

Niekiedy przylegające do odbudowanych już bloków mieszkalnych i budynków użyteczności publicznej. W opłakanym stanie są wnętrza meczetu Upper, a obok niego zaniedbany muzułmański cmentarzyk z płytami z napisami arabskimi. Spłonęło lub uległo zniszczeniu wiele domów ormiańskich. Lista wzajemnych pretensji jest długa. Poza katedrą, opuszczonym meczetem z zakazem wstępu ze względów bezpieczeństwa, resztkami dawnej twierdzy oraz niewielkimi fragmentami centrum, niewiele jest tu do oglądania. Jedziemy dalej, do Stepanakertu.
Ponad 50-tysięczna stolica Arcachu jest miastem nowoczesnym, bardzo spokojnym, czystym i kameralnym, ale praktycznie bez zabytków. Z centralnym okrągłym placem Szaumiana, na nim niewielkim parkiem z dużym pomnikiem patrona. I niemal przylegającym do niego drugim placem, podłużnym, z budynkami rządowymi oraz bankami. W wielu miejscach stoją nowe rzeźby, wszędzie czysto. Wieczorem, bo zwiedzanie zaczynamy w drodze na kolację na obrzeżach miasta w nowej restauracji z daniami regionalnymi, a kontynuujemy już indywidualnie po niej, widzę otwartych kilka dobrze oświetlonych lokali.

Kierunek: Zabytkowe klasztory

Ruch zarówno samochodowy, jak i pieszy spory, ale bez przesady. Ładnie oświetlone reprezentacyjne budynki. Wszędzie spokój, aż trudno uwierzyć, że kilkanaście lat temu było to pole walk i miejsce bombardowań. Śladów tego niemal już nie widać. Ale o Stepanakercie trochę więcej napiszę osobno. Podobnie jak o dwu głównych zabytkach sakralnych Arcachu: monastyrze Gandzasar z XIII w, jednym z najlepiej zachowanych ze średniowiecznej Armenii, a także rozległego kompleksu klasztornego Dadiwank z katedrą św. Dadi, według legendy ucznia św. Tadeusza Judy. Są w niej XIII-wieczne freski i stare ormiańskie napisy.
Po drodze zatrzymujemy się w ciekawych punktach widokowych. Mijamy ruiny jakichś wsi, opuszczonych budynków, ale większość pokrywa roślinność. Podziwiamy jej bogactwo, krajobrazy, wspinające na przełęcze spirale szos. Robimy postoje także w kilku miejscowościach. W jednej z nich, Van, ciekawostką są ogrodzenia domów wyłożone tablicami samochodowymi z rejestracją azerbejdżańską. Na pojazdach zastąpiono je armeńskimi. W innej, w spokojnym zakątku nad wąwozem, dnem którego płynie dosyć rwąca rzeczka, obok starego chyba, ale niedawno odnowionego hotelu Cown Kar, stoi trochę starej broni, m.in. granatniki, przypominające o minionych walkach zbrojnych.

Kicz na prowincji

Nad krawędzią wąwozu jest też niewielka kawiarnia, w której serwują, poza kawa, herbatą i zimnymi napojami – ale o dziwo, nie ma piwa! – pyszne naleśniki nadziewane jakimiś ziołami. To sławne armeńskie żengjałow hac, przepis na sporządzanie których znaleźć można w języku rosyjskim w Internecie. We wnętrzu widzę i fotografuję armeński kilim oraz nałożone na wyłożoną kamieniami ścianę skóry dzikich zwierząt. Na placyku przed nim, także nad wąwozem, jest mały skwer z fontanną oraz paroma rzeźbami. W fontannie damy w długiej sukni z pawiem, a niżej kolejną parą pawi. I, nadającą się do przemieszczania, zieloną iguaną, kilkakrotnie większą od prawdziwej.
Na leżaku w niedbałej pozie opala się dziewczyna. Wyrzeźbiona, czy ulepiona tak realistycznie, że w pierwszej chwili wydaje się jak żywa. Parę kroków dalej stoi para ni to pegazów, ni skrzydlatych osłów. Jest to wszystko kiczowate, ma jednak swój urok. W dole wąwozu, przy kamiennym nabrzeżu tuż nad nurtem rzeczki, zbudowano drewnianą łódź wiosłową wzorowaną na antycznych, jednak z dużymi okrągłymi bulajami. To hotelik dla uczestników różnorodnych imprez. Jest w nim również sala konferencyjno-restauracyjna. W sumie, gdy nie ma gości, a zainteresowanie jest podobno spore, oaza ciszy.

Objechać w dwa dni

Mapa Artsakhu (Arcachu) jaką, wraz z planem Stepanakertu, otrzymuję w hotelu Vallex Garden w którym nocuję w stolicy, zawiera rysunki wszystkich atrakcji nie uznawanej republiki. Także tego hotelu o imponującym, wzorowanym na antycznej architekturze, frontonie z kolumnami. Całe to „państwo” liczące nieco ponad 150 tys. obywateli można objechać w dwa dni i zobaczyć wszystkie lub prawie wszystkie jego atrakcje. Trzeba tylko uważać na drogach, bo podobnie jak w Armenii, można nieoczekiwanie spotkać pędzone całą szerokością jezdni stada bydła lub owiec. Doglądane i poganiane przez kowbojów na koniach – tutejszych pasterzy.
Kraj ma tylko około 4,5 tys. km², a z terenami pod kontrolą Ormian, nieco ponad 11 tys. km² powierzchni. Czyli tyle co kilka naszych powiatów, ale równocześnie nieco więcej niż jedna trzecia całej powierzchni Armenii. Zobaczyliśmy w nim praktycznie wszystko, co na to naprawdę zasługuje. Nie starczyło tylko czasu, a i cel nie był aż tak ważny, aby pojechać na północno – wschodni kraniec Arcachu do Tigranakertu. W którym w 2008 roku odkryto ruiny starej twierdzy i znajduje się Muzeum Archeologiczne. Ostrzegano nas zresztą, że niektórych terenów przy granicy z Azerbejdżanem należy unikać, bo niekiedy padają z tamtej strony strzały.

Autor uczestniczył w wycieczce zorganizowanej przez biuro podróży „Seven Days Company” z Erywania.

Warszawa