updated 6:33 AM CET, Nov 27, 2017
A+ A A-

U Masajów w Masai Mara

  • Napisane przez Marzena Kądziela
  • Dział: Afryka
Wyróżniony U Masajów w Masai Mara

Masai Mara to chyba jedyne miejsce na świecie, gdzie obok siebie występuje tak ogromna liczba różnych zwierząt. Rozległe, bezkresne zielone równiny, zachód słońca, pasterze bydła w charakterystycznych czerwonych szatach sprawili, że poczułam się jakby czas cofnął się do epoki, gdy na afrykańskie safari wybierała się Karen Blixen czy Ernest Hemingway.

{jumi [*4]}Do rezerwatu Masai Mara trafiliśmy w samo południe. Trzeba było szybko rozpakować się i przyszykować do wycieczki. Mieliśmy kilka dni spędzić w Sarova Mara Camp, gdzie czekały na nas... namioty. - Sen wśród dzikiej przyrody, w namiocie, to jest coś! - pomyślałam. Gdy weszłam do namiotu, poczułam się jak uczestniczka polowania za czasów autorki "Pożegnania z Afryką". Stary kufer, stylowe lampy, brakowało tylko sztucera, z którego można by ustrzelić jakiegoś zwierzaka. Krótki odpoczynek po podróży i już czas na popołudniowe safari. Ruszamy na podbój jednego z najpiękniejszych parków na świecie, gdzie obok siebie żyje niezliczona ilość przeróżnych zwierząt. Najlepiej podobno oglądać je z balonu, który szybuje nad równiną. Mnie jednak na taką przyjemność nie było stać (300 dolarów), do obserwacji pozostał więc terenowy samochód.

Rezerwat znajduje się na płaskowyżu leżącym na wysokości niemal 2000 m n.p.m. w południowo - zachodniej części Kenii i stanowi kontynuację znacznie większej równiny Serengeti w Tanzanii. Każdego roku, kiedy w Tanzanii wysychają pastwiska, tysiące gnu przybywają do Masai Mara w poszukiwaniu zielonej trawy i wody. Kto widział ogromne wędrujące stada, twierdzi, że podobnie musiało być na Ziemi tuż po zakończeniu jej tworzenia przez Stwórcę. Zwierzęta napotykają jednak na swej drodze wiele przeszkód. Jedną z nich jest rzeka Mara. W jej wartkim nurcie traci życie duża część czworonożnych wędrowców. Na osłabione zwierzaki czyhają lwy, gepardy oraz zadawalające się zazwyczaj resztkami sępy i hieny. Mimo tego wciąż rezerwat pełen jest gazeli, gnu, zebr, żyraf, bawołów, topi, kongoni, słoni, hien, szakali, strusi czy lwów. Zwierzaki, łącznie z tymi ostatnimi, można swobodnie obserwować, fotografować, filmować. Lwy, które widziałam, wylegiwały się w trawie skupione w gronie rodzinnym. Kilkadziesiąt metrów dalej hiena niosła w pysku kość, prawdopodobnie antylopy. Żyrafy dostojnie kroczyły na tle zachodzącego słońca, a słonie tarasowały drogę, nie robiąc sobie nic z samochodu, który chciał je wyprzedzić. Na wzgórku leżał gepard, którego pysk jeszcze był czerwony od krwi pożartej ofiary. Nie odpoczywał jednak lecz wypatrywał bacznie kolejnego dania. "Sadzawce hipopotamów" na granicy z Tanzanią, mogłabym przyglądać się bez końca. Dziesiątki ciężkich zwierząt leżały w rzece Mara, od czasu do czasu wypuszczając w górę fontannę wody. Obok, na brzegu, niewidoczne w pierwszej chwili, wylegiwały się krokodyle.

Wieczorem gospodarze poprosili, by nieco cieplej się ubrać, bo czeka na nas niespodzianka - nocne safari. Cóż można zobaczyć w ciemności? - zastanawiałam się wkładając grubą bluzę. Wokół całkowita ciemność. Otwierałam szeroko oczy, by w czerni dostrzec jakieś świecące oczy. Nic z tego, tylko noc i cisza. Po kilkunastu minutach, nagle usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk. Muszę przyznać, że ciarki przeszły przez moje ciało. Co to, może bandyci pragnący okraść nas z aparatów, pieniędzy i paszportów? W świetle samochodowych reflektorów pojawili się Masajowie groźnie wymachujący dzidami. - Już po nas! - krzyknęła koleżanka. Nieco zdezorientowani patrzyliśmy na skaczących wojowników. Po chwili, kilkadziesiąt metrów dalej zapaliły się pochodnie. Masajowie wskazywali, że tam mamy się udać. Czyżby na rzeź? - zapytałam kolegę. Pochodnie zapalały się jedna po drugiej, a naszym oczom ukazał się wielki namiot, ognisko, fotele, barek pełen najlepszych trunków i nasi gospodarze z Sarova Mara Camp. Nocne safari okazało się kolacją w buszu, na której oprócz masajskich tańców, śpiewów, wspaniałej kuchni przeżyliśmy bardzo miłą chwilę. Otóż, oprócz nas w namiocie znajdowała się grupa z Kanady. W pewnym momencie, jeden z Kanadyjczyków wstał i poprosił o głos. Powiedział, że spotkał wreszcie kobietę swego życia, która siedzi obok i tu, w najpiękniejszym na świecie miejscu, chce poprosić ją o rękę. Odśpiewaliśmy im polskie "Sto lat" wychylając lampkę zaręczynowego szampana.

Jedną z oczekiwanych przeze mnie chwil była wizyta w masajskiej wiosce. Masajowie to przecież najbardziej znane kenijskie plemię. Dumni hodowcy bydła, smukli, wysocy, ubrani w czerwone szaty przewieszone przez jedno ramię, z włosami barwionymi ochrą, splecionymi w cienkie warkoczyki prezentują się bardzo malowniczo. Wioska otoczona jest płotem z kolczastych gałęzi chroniących przed zwierzętami. Wódz wprowadza nas do chaty prezentując wszelkie użyteczne przedmioty wykonane z roślin i skór, ozdoby dla kobiet i mężczyzn. Chaty budują kobiety, które wykonują większość prac w wiosce. Budynki są bardzo proste - drewniany stelaż oblepiony gliną zmieszaną z odchodami bydlęcymi. W środku znajduje się wielkie łoże, w którym zamiast materaca, wprost na ziemi usypano liście jednego z drzew. Obok palenisko, na którym przygotowuje się gorące dania.

Kiedyś podstawą masajskiej diety była bydlęca krew połączona z mlekiem, dumni Afrykańczycy gardzili bowiem wszelką pracą na roli i ludami tym się zajmującymi. Dziś uprawia się już kukurydzę i inne rośliny, z których przyrządza się smaczne potrawy. Ulubionym alkoholem mężczyzn jest sukuru-muratina z korzeni kaktusa i miodu. Piją ją ponoć od rana do wieczora, stąd może ciągły uśmiech na ich twarzach.

Największym skarbem Masajów są krowy, które wypasają na własnych pastwiskach. Kiedy jednak brakuje trawy, zapuszczają się także na tereny rezerwatów, co często jest powodem konfliktów. Pasterze nie mogą zrozumieć, dlaczego dziko żyjące bawoły mogą żywić się nad rzeką Mara, a ich, tak potrzebne do życia krowy nie. Dawniej, hodowcy wierzyli, że Bóg całe bydło na świecie podarował właśnie im, stąd też porywając krowy innym plemionom "odbierali" tylko swoją własność.

Podstawą funkcjonowania Masajów jest rodzina - w związku z wielożeństwem często kilkunasto-, a nawet kilkudziesięcioosobowa. Dzieci wiodą beztroski tryb życia do 14-15 lat. Wtedy to chłopcy po obrzezaniu stają się wojownikami - moranami. Mogą już zaplatać włosy w warkoczyki, nosić włócznię o długim ostrzu a przy pasie miecz. Ich włosy zdobią opaski udekorowane piórami ptaków. Dziewczęta także zostają obrzezane, choć zabieg ten jest już oficjalnie zabroniony.

Ozdoby u Masajów to dziedzina bardzo ważna. Kobiety, gdy tylko nie wykonują domowych prac, siadają w cieniu akacji, by z kolorowych koralików wyplatać bransolety, naszyjniki i kolczyki dla siebie i mężów. Nasz wódz pokazuje ogromne dziury w małżowinach usznych, na których zawieszone są ogromne kolczyki. Pokazuje też dziurę w przednich dolnych zębach. Okazuje się, że Masajowie chodząc boso lub w butach z cienkiej skóry, często zapadają na tężec, którego jednym z objawów jest szczękościsk. Dlatego też jeden dolny ząb jest wybijany, by powstałą dziurą, przez rurkę, podać choremu naturalne lekarstwo.

Wioski masajskie wydają się jedną z kenijskich atrakcji turystycznych. Tak jest w wielu przypadkach. Większość Masajów chce jednak nadal żyć w sposób tradycyjny i niechętnie poddaje się "ucywilizowaniu". Chcą nadal wypasać swoje bydło, w razie konieczności polować, przemieszczać się z miejsca na miejsce, wierzyć w przekazywane z pokolenia na pokolenie legendy, pić swoją sukuru - muratinę, tańczyć i śpiewać i patrzeć nieco wyniośle na tych, którzy całą swą energię spalają na bieganinę za pieniędzmi.

{jumi [*6]}

12°C

Warszawa

Fair

Humidity: 52%

Wind: 11.27 km/h

  • 23 Oct 2015 16°C 6°C
  • 24 Oct 2015 15°C 12°C