Logo
Wydrukuj tę stronę

Afryka naprawdę dzika, czyli z wizytą u Hamerów

Wyróżniony Wioska Hamerów Andrzej Zarzecki Wioska Hamerów
Rejon południowo-zachodniej Etiopii, szczególnie dolina rzeki Omo, nazywany jest „ludzkim skansenem" i, uwierzcie mi, nie ma w tym określeniu żadnej przesady. Plemiona, które tam odwiedziłam, wyglądają, mieszkają, i żyją jak przed tysiącem lat.

Ekstremalne przeżycia w normalnym pakiecie

{jumi [*4]}Już sama podróż do tej części Afryki jest ekscytującym przeżyciem. Ze stolicy kraju, Addis Abeby, wyruszyliśmy po całkiem przyzwoitej asfaltowej szosie i tak było przez kilkaset kilometrów. Później, im dalej na południe, droga stawała się coraz gorsza, by wreszcie zupełnie przestać zasługiwać na to określenie. To coś, po czym jechaliśmy, nadawało się tylko do poruszania samochodami terenowymi z napędem na cztery koła. Czasami nawet to nie wystarczało.

Młodzi członkowie plemienia Hamer

Gdy toyota, którą podróżowałam, po raz pierwszy zakopała się w mazistym błocie, podekscytowana wysko­czyłam z aparatem i zrobiłam chyba 100 zdjęć. Cieszyłam się z obrazków jak dziecko podziwiające pierwsze płatki śniegu. Po piętnastu minutach kierowca - za pomocą liny i drugiego samochodu - sprawnie się z brei wydostał. Za drugim razem byłam już w fotografowaniu oszczędniejsza, a przy trzecim, czwartym... nawet nie wyciągnęłam aparatu. Okazało się, że przeżycia, za które uczestnicy ekstremalnych tras płacą ciężkie pieniądze, tu są czymś normalnym, dostaje się je niejako w pakiecie.

„Hajlandy" na wagę złota

Przez cały czas za oknem samochodu przesuwały się obrazy jak z filmu o pierwszych eksploratorach Afryki: wsie z okrągłymi, glinianymi domkami krytymi strzechą, rolnicy orzący pola drewnianymi radłami, do których zaprzęgnięto woły, i gromady dzieciaków żywiołowo reagujące na przejeżdżające samochody. Za każdym razem dzieci wykrzykiwały do nas dziwne słowo: „hajland". - Czy to jakieś pozdrowienie? - zapytałam Mengistu, naszego kierowcę. Uśmiał się z tego pytania do rozpuku. Co się okazało? ,,Highland'' to nazwa najpopularniejszej etiopskiej wody mineralnej w plastykowych butelkach. I właśnie o te puste butelki chodziło dzieciakom. Jest to bowiem cenna rzecz, nadaje się do transportu i magazynowania wody. W Etiopii nic nie jest odpadem, nic się nie marnuje. Przedmioty, często dla nas zupełnie bezużyteczne, tu znajdują zastosowanie, o jakim ich producentom nawet się nie śniło. Guziki, agrafki i spinacze doskonale nadają się do wyrobu biżuterii, stare opony są surowcem do produkcji klapek, z blaszanych puszek po oleju sprawne ręce etiopskich rzemieślników produkują całe wyposażenie kuchni: miski, łyżki wazowe, kubki i durszlaki.

Jechaliśmy już kilkaset kilometrów, ale kolorowe obrazy za szybami samochodów sprawiały, że nikt nie czuł się zmęczony. Co najbardziej ekscytowało? - Wędrujący wzdłuż drogi ludzie. Bardzo często nie mieli na sobie nic, co byłoby wytworem zachodniej cywilizacji. Wyróżniali się szczególnie przedstawiciele plemiona Hamer.

Piętrowe torty na głowach wojowników

Hamerowie są ludem o charakterystycznych kościach policzkowych, zachwycają strojami wykonanymi ze skóry i sznurów koralików, a ich ciała pokrywa gruba warstwa mazi o kolorze głębokiej miedzi. To niewątpliwie najbardziej rozpoznawalne plemię w dolinie rzeki Orno. Jest ich około 35 tysięcy. Szczególnie kobiety są jakby żywcem przeniesione z odległych wieków. Ich zadziwiający sposób pielęgnacji ciała jest tym, co zaciekawi najmocniej. Na skórę, a także włosy, nakładają wilgotną pastę w kolorze ochry i o konsystencji rzadkiej gliny. Sądząc po niezbyt sympatycznym zapachu, jest ona zrobiona na bazie masła. Jakby tego było mało, mężatki noszą po kilka ciężkich miedzianych obroży, zazwyczaj z 10 centymetrowym klinem z przodu, i - także metalowe -spiralne bransolety. Mężczyźni stroją swoje ciała skromniej, ozdabiają je białą pastą - najczęściej przed rytualnymi tańcami. Wyjątkiem są wojownicy, którzy w poprzednim roku zabili człowieka lub jakieś groźne zwierzę. Mają włosy ułożone za pomocą gliny, koralików - i któż tam wie, czego jeszcze - w piętrowe, niczym tort, konstrukcje.

{gallery}354{/gallery}

Przedziwna Dolina Omo

Tak jak inne plemiona, mieszkające w dolinie rzeki Omo, Hamerowie są dumni z posiadanego bydła, będącego oznaką bogactwa. Silne związki, jakie istniały między starożytnym Egiptem i ludami Wyżyny Abisyńskiej, wywarły wpływ również na ludy Doliny Omo. Profesor Ivo Strecker, który przez dziesięciolecia badał kulturę Hamerów, stwierdził, że ich sposób życia i kultura rolnicza są bardzo podobne do tych we wczesnej cywilizacji egipskiej. Odnalazł również duże podobieństwa w sztuce, sprzętach domowych i fryzurach.

Targ na pięć gigabajtów

Dotarłam na hamerski targ w miejscowości Turmi. Tego widoku chyba nigdy nie zapomnę. To rzeczywiście „ludzki skansen" - dziesiątki mężczyzn, kobiet i dzieci, ubranych i umalowanych nie jak przed setkami, lecz tysiącami lat. Przybyli z całej okolicy Hamerowie oferują mniej lub bardziej ozdobione tykwy na wodę, bydlęcą krew (tu ważny składnik diety) i mleko, koraliki, miniaturowe stołeczki, pełniące również rolę podgłówków. Niedaleko można sprzedać i kupić wiązki siana, drewna, ziarno sorgo, kozy, barany, kury, masło, różnokolorową glinkę lub gotową maź do makijażu. Sprzedawcy proponują także piwo, produkowane ze sfermentowanego ziarna. Próbowałam go w innej części Etiopii - co tu ukrywać, obrzydliwe! Na targu doceniłam zalety cyfrowej fotografii - każda scena prosiła się o uwiecznienie. Filmów starczyłoby na krótko, a cyfrakiem zrobiłam po prostu pięć gigabajtów zdjęć. Hamerowie mają nie tylko interesujące, piękne stroje, ciekawe są również ich obyczaje.

Skoki nagusów po grzbietach krów

Najważniejszą ceremonią są skoki po ustawionych w szereg krowach zebu czyli Ukuli Bula. To kulminacja trwającego trzy dni rytuału inicjacyjnego, który zazwyczaj odbywa się od końca lutego do początku marca. Na początku uroczystości kobiety tworzą kręgi, tańczą i śpiewają, grają na trąbkach. Pieśni i monologi wychwalają chłopca poddawanego rytuałowi i jego rodzinę. Chłopiec nosi teraz imię Ukuli. W ceremonii uczestniczą kawalerowie z rodzinnej wsi młodzieńca ukuli którzy mają już za sobą ten rytuał. Nazywani są „maz". Wszystko się zaczyna gdy jedna z dziewczyn występuje z grupy staje przed jednym z maz i zaczyna śpiewać zachwalając Ukuli i deklarując miłość do niego. Deklaruje chęć bycia zaznaczoną do tej miłości biczem. Maz wybiera rózgę. Przesuwa ją w dłoni by sprawdzić czy nie ma drzazg i ostrych krawędzi które by mogły dziewczynę poranić. Dziewczyna staje przed nim i rytmicznie skacze. Prawą rękę podnosi a lewą trzyma wzdłuż ciała. Maz uderza rózgą tak, że zawija się ona na plecach dziewczyny.

Dziewczyna ma plecy pokryte tłuszczem, który zmniejszy ból. Głębokość nacięcia świadczy o sile miłości.

Pokryte krwawiącymi ranami plecy pięknych dziewczyn wzbudzają w europejskich sercach współczucie.

Z pejoratywnymi ocenami radziłabym się jednak wstrzymać. Przecież nasz śmigus – dyngus część nazwy bierze od śmigania dziewczyn rózgami po łydkach. W dniu próby, po południu, kilkadziesiąt zebu jest ustawianych obok siebie. Chłopcy poddawani inicjacji, kompletnie nadzy, wskakują na pierwsze zwierzę, by potem przeskakiwać z jednego na drugie. Na końcu muszą zawrócić i rzecz powtórzyć w drugim kierunku. Tak dzieje się trzy, cztery razy - aż udowodnią swoją sprawność i usatysfakcjonują zgromadzonych. Później rozpoczyna się szaleńcza hulanka, suto zakrapiana alkoholem.

Kąpiel z krokodylami w tle

Po spotkaniu z Hamerami ruszyliśmy dalej na południe, do parku narodowego Mago. Szybko zapadał mrok, a my wolno posuwaliśmy się naprzód. Co jakiś czas trzeba było wyciągać z błota kolejne samochody. Przydałyby się amerykańskie wojskowe hamery - żartowaliśmy. Robiło się ciemno, gdy dotarliśmy na pole biwakowe. Tu przykra niespodzianka: nie ma prądu, nikt nie wie dlaczego - i wody, studnia wyschła. Z pierwszym problemem nasi kierowcy poradzili sobie natychmiast, oświetlając teren samochodowymi żarówkami, zasilanymi z akumulatorów. Jak się jednak nie umyć po całym dniu w pyle i kurzu? Nie bacząc na ostrzeżenia przed krokodylami, zdecydowałam się na toaletę w przepływającej obok rzece Mago. Troszkę się odświeżyłam, bo nie można tego nazwać myciem. Woda, po padających poprzedniego dnia deszczach, miała kolor brunatnobłotnisty.

Taniec pawianów z flaszkami

Gdy wróciłam na pole biwakowe, nie wierzyłam własnym oczom: kierowcy zdążyli rozbić namioty, rozstawili stół i krzesełka, kucharz usmażył pachnącą jajecznicę. Dodatkowo, żeby zatrzeć złe wrażenie, nasz przewodnik Habtamu przywiózł z biura zarządu parku skrzynkę zimnego piwa. Jak łatwo się domyślić, brak wody natychmiast przestał nam doskwierać. Gdy dobrze po północy weszliśmy do namiotów, by położyć się spać, rozległ się straszny hałas. Czyżby atak jakiegoś wrogiego plemienia? - wyskoczyliśmy przerażeni. Nie, to stado pawianów urządziło sobie żonglerkę butelkami po piwie, które niefrasobliwie zostawiliśmy na stole. Chcąc nie chcąc, musieliśmy wszystko pozbierać. Małpy długo w nocy nie dawały za wygraną, szarpiąc linki namiotów, niektóre próbowały nawet otwierać suwaki.

 

{jumi [*6]}

Realizacja i wykonanie Fanaberie - tworzymy przestrzeń w sieci.