Ostrzeżenie
  • JFolder::pliki: Ścieżka nie jest folderem. Ścieżka: /home/kur365/domains/kurier365.pl/public_html/images/88.
  • Nie powiodło się załadowanie pliku XML.
Uwaga
  • There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery Pro plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images/88
updated 3:02 PM CET, Nov 16, 2018
Na żywo:
A+ A A-

Wino, wołowina, Argentyna

Wyróżniony Gardziel Diabła Iguasu pobudza apetyt Tomasz Brzozowski Gardziel Diabła Iguasu pobudza apetyt

Index

Argentyńczycy mają wszystko. Tropiki na północy, lodowce na południu, pustynie na zachodzie i najlepszą wołowinę pod słońcem. I wino. I piwo też.

Parilla. To słowo które {jumi [*4]}należy zapamiętać wybierając się do Argentyny lub Urugwaju. Oznacza restaurację specjalizującą się w grillowanym mięsie. W szczególności zaś Wołowinie. Napisałem dużą literą, ze względu na szacunek jakim obdarzyłem argentyńską Wołowinę. W zasadzie, podobnym szacunkiem trzeba by obdarzyć wino i piwo. Piwo marki Quilmes.
W
ołowina. Wołowina pasie się na pampasach. Tam, powoli żując trawy i ziółka, wśród pięknego krajobrazu, przygotowuje się do wypełnienia misji swego żywota. Dzielą później wołowinę starannie, zgodnie ze sztuką przywiezioną tutaj z Hiszpanii. Są żeberka – asado, jest polędwica – lomo, chiorizos – kiełbaski. Są też grillowane rzeczy, o które lepiej nie pytać. Smakują wyśmienicie, ale znajomy Argentyńczyk Stefan Ibarra, jeden z niewielu mówiących w naszym języku, potomek polskich emigrantów, uśmiechnął się i powiedział „nie pytaj”. To miły człowiek, wie co mówi i jest o głowę wyższy ode mnie, więc od razu pomyślałem że ma rację.

Królową grilla jest lomo de choriso - polędwica wołowa - najlepiej oczywiście krwista podana z sałatą i jakżeby inaczej czerwonym winem. Mięso jest niezwykle delikatne, rozpływa się dosłownie w ustach. W pewnej uroczej restauracji w Mendozie, stolicy wina argentyńskiego, rozpłynęło mi się ¾ kilograma tej polędwicy i jeszcze kilka kawałków innych specjałów. Tak rozbudowana konsumpcja nie byłaby możliwa bez przyjaciela krwistej wołowiny – czerwonego wina. W tym przypadku był to Malbec od Weinerta. Co warto zauważyć, porcje mięsa w Argentynie zwykle są „doważone”, a w smaku wyśmienite. Tak, wyśmienite właśnie. Na tym o Wołowinie koniec, bo można opisywać podobne doznania z Buenos Aires, Iguazu oraz Montevideo lub Colonii del Sacramento bez końca. Słowem Wołowina, Urugwaj Argentyna.

 

Przepis. Polędwica wołowa z grilla

Polędwicę nacieramy czosnkiem z oliwą. Dajemy na ruszt. Tak po prostu. Jak dla mnie wystarcza po 5 min z każdej strony. Na talerzu posypujemy solą dość obficie. Sos który wypływa z mięsa staje się słony dzięki temu każdy kawałek w nim umoczony smakuje. Czas grillowania zależy od upodobań grillującego. Ci którzy nie lubią mięciutkiego krwistego mięska mogą sobie dłużej. Będą mieli nie hugoso – krwisty tylko well-done wypieczony. Świetną modyfikacją przepisu która obowiązuje w europie jadającej wołowinę jest dodanie świeżego rozmarynu. Podajemy do tego sałatę z pomidorami z sosem vinegrette oraz bagietkę. Można znaleźć wiele przepisów na grillowaną wołowinę po argentyńsku. Można przygotować smaczne sosy, macerować mięso przyprawach, ale prawda jest taka, że ten najprostszy przepis to jest właśnie smak Argentyny.

De facto w tym systemie, oliwa, czosnek, grill, można przygotować każdy rodzaj wołowiny. Smaki i konsystencja różne, od twardych jak podeszwa kawałków, choć wcale smacznych, do rozpływających się w ustach. Dla przykładu żeberka krojone w cienkie pasy czyli asado de tire, są również bardzo smaczne. Choć trochę pracy przy gryzieniu nas czeka. Żeberka cięte powinny być w poprzek żeber na paski szerokości ok 3 cm i następnie grill.

W ino. Wino rośnie w winnicach z widokiem na Andy. A w zasadzie na najwyższą ich część, w środku której wyrasta najwyższy po himalajskich ośmiotysięcznikach szczyt Akonkagua. Wino w Mendozie ma jak w raju. Gorące suche powietrze spływa z rozgrzanych słońcem górskich stoków. Wprost do korzeni, rureczką plastikową, doprowadzana jest krystalicznie czysta woda. Pochodzi ona z jednej tylko rzeki zasilającej całą prowincję. A słońce praży bez miłosierdzia nieosłonione chmurką małą choćby. Jak przystało na prowincję Mendoza, której stolicą jest Mendoza, rzeka nazywa się Mendoza. Rzeka rozprowadzona kanałami na kamienistą pustynię została ujarzmiona już w okresie prekolumbijskim. Zrobili to Inkowie. Hiszpanie podbiwszy te tereny przytomnie kontynuowali dzieło inżynieryjne rdzennych mieszkańców. Tam gdzie woda dopływa, na pustyni rozkwita życie. Tam gdzie nie, nadal pustynia. A wino grzeje się w tym swoistym piekarniku i dojrzewa. Dojrzewa co roku tak samo. Bo w Mendozie nie ma „złych lat”. Bo w Mendozie proszę Państwa, nie pojawiają się nagle niezapowiedziane opady i brak słońca, i kwasek z powodu jego braku, a niestety u nas, w Europie, złe lata to normalka. A tam, same dobre lata mają. Pozazdrościć. Miałem przyjemność wypić kieliszek wina w winnicy Catena Zapata cieszącej się opinią jednej z najlepszych na świecie. Sączyłem, spoglądałem na monumentalne Andy i zastanawiałem się co zrobić żeby częściej tu bywać. Warto wspomnieć, że absolutną specjalnością Mendozy jest szczep Malbec – czerwone, bogate taninowe wino. Rośnie tam na wysokości od 500 do 1500 metrów n.p.m. To ważne. A ważne dlatego, że im wyżej tym większe wahania dobowe temperatur. Im większe wahania, tym grubsza skórka. Im grubsza skórka tym więcej w niej barwników i tanin odpowiedzialnych za smak. I tak mieszanki różnych wysokości dają wina co się zowie. Nie tylko czerwone. Białe Chardone od Weinerta popijane w gorące popołudnie podnosi człowieka na duchu. Choć, zbyt zachłannych może doprowadzić do upadku. Tak z kronikarskiego obowiązku Argentyna jest piątym co do wielkości producentem wina, szóstym konsumentem, a jego 75% produkowane jest w Mendozie. Od mniej więcej 20 lat Argentyna stara się dać zauważyć jako eksporter wina. I to dobrze. Dobrze dla ludzi którzy lubią wino. No i oczywiście dla Argentyńczyków.

Zdjęcia i BuenosAires, wospadów Iguasu oraz Colonii del Sacramento

{gallery}88{/gallery}

P

iwo. Piwo Quilmes. Stout i red. Dawno temu w Hiszpanii w Toledo sprzedawczyni z niewielkiego sklepiku nauczyła mnie pierwszych słów po hiszpańsku. Una serveza grande friga porfavore. Odtąd w kraju ciepłym, albo gorącym, zimna butla piwa drzemie w mym ręku przez cały czas trwania wyprawy. Powstaje pytanie: po co? I tu rozumnie odpowiadamy: aby upał znieść lepiej. Właściwie użyte piwo, czyli sączone naprawdę powoli, pozwala nieco szybciej pozbywać się organizmowi ciepła. Prawdę tę usłyszałem z ust człowieka którego już nie pamiętam, ale zdanie głęboko zapadło w moje serce, w moją pamięć, w rzekłbym jestestwo całe i rozgościło się tam na dobre.

Browar Quilmes założył w 1888 Otto Bamberg niemiecki imigrant. W latach dwudziestych XX wieku był to już największy browar w Argentynie i dzisiaj posiada 75% rynku. A piwo, nie tak jak w Polsce, wraz z koncentracją w wielkich korporacjach. W Argentynie ma smak i zapach, jest odróżnialne jedno od drugiego. Najbardziej cieszy mnie to, że występują tam ciemne odmiany Stout i Red. Obydwie doskonałe w smaku. O obydwóch śnię, obydwóch chcę. Wielbiciele ciemnego mogą spokojnie do Argentyny. Będą zadowoleni.


Prev Next »

Więcej w tej kategorii: Śladami Polaków w Peru »

Warszawa