Ostrzeżenie
  • JFolder::pliki: Ścieżka nie jest folderem. Ścieżka: /home/kur365/domains/kurier365.pl/public_html/images/2549.
  • Nie powiodło się załadowanie pliku XML.
Uwaga
  • There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery Pro plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images/2549
updated 8:13 PM CET, Jan 17, 2019
Na żywo:
A+ A A-

Widokówka z podróży do Włoch

  • Napisane przez Elżbieta Abramczuk
  • Dział: Europa
Wyróżniony Wenecja Fot: Elżbieta Abramczuk Wenecja
Jest 6.00 rano. Na parkingu przed Centrum Kultury w Grodzisku słychać ożywione głosy i śmiechy. Czekamy na autokar, który zawiezie nasz chór do Włoch. Jedziemy na Lago di Garda Music Festival.
Przed nami kilkanaście godzin jazdy do We{jumi [*4]}iz w Austrii, tam zatrzymamy się na noc, a potem Włochy. Podniecenie przed wyjazdem udziela się wszystkim członkom zespołu. Dla mnie to już druga wizyta w kraju Monteverdiego, Scarlattiego i Pucciniego. Trzy lata temu spacerowałam po weneckich uliczkach wraz dziennikarzami zaproszonymi na bienalle sztuki. Wróciłam z wenecką maską i całą masą wspomnień z włoskich koncertów, spektakli i wystaw. Jak będzie teraz?
W autokarze wrzawa, każdy coś opowiada. Niektórzy śpiewają przy akompaniamencie gitary.
Dojeżdżamy do Czech, potem kilka przystanków i naszym oczom ukazują się majestatyczne szczyty Alp. Jesteśmy w Austrii.
Po 21.00 jemy kolację w austriackim miasteczku Weiz. Wita nas Engelbert z tamtejszej gminy i wraz z dyrygentką Basią Paszkiewicz wspólnie planują następny dzień.
Kilka minut po 24.00 wszyscy zasypiają w swoich pokojach.
Poranek w Styrii jest słoneczny i dopiero teraz widzimy jak urokliwy jest tutejszy rynek. Oglądamy kolorowe, zabytkowe kamieniczki, trochę przypominające te, które stoją przy warszawskiej starówce i piękny barokowy kościół. Świetna akustyka wnętrza świątyni nadaje szczególny wyraz mszy, którą śpiewamy w ramach próby. Po dziesięciominutowym marszu docieramy do najnowocześniejszej budowli w mieście czyli Kunst Haust Weiz. Przeszklone ogromne powierzchnie budynku i długie pełne światła korytarze zaskakująco dobrze komponują się z postawionymi w ubiegłym stuleciu domami. Ich dachy kryte dachówką w przeróżnych barwach zaglądają przez okna do nowoczesnego Centrum Kultury. Na parterze w sali koncertowej ćwiczy światowej sławy pianista William Fong. Jego koncert odbędzie się wieczorem, my wtedy będziemy już na terytorium Włoch. Mamy mało czasu by podziwiać wnętrza budynku więc rzucamy tylko okiem na wystawę „In Form Und farbe" a potem szybko udajemy się na spotkanie do ratusza. Klausowi Feichtingerowi, który wita nas w imieniu gminy Weiz śpiewamy „Szła dzieweczka" i „Moon River", zostawiamy zdjęcie chóru „Cantata" i jedziemy prosto nad włoskie jezioro Garda.

{gallery}2549{/gallery}

Benvenuti all'Italia
Do Włoch docieramy nocą. Hotel Ideal, który przez trzy kolejne dni będzie naszym domem, wygląda jak z widokówki. Przekonamy się o tym następnego dnia bo na razie wiemy tylko, że są tu palmy, temperatura około 17 stopni Celsjusza i ogromne jezioro. Szum fal liczącego 55km długości największego, polodowcowego, włoskiego jeziora, nie pozwala mi zasnąć jeszcze dłuższą chwilę. Mam wrażenie, że jestem nad morzem.
Słońce, błękitna tafla wody i alpejski masyw górski (Prealpy Gardesane) spowity w agatowe mgły zapiera mi dech w piersiach gdy o poranku wychodzę na hotelowy taras. U stóp budynku błyszczą szmaragdowe baseny, kamienne ścieżki porastają cyprysy, oleandry, cedry i palmy. Jest ciepło, na kamienistej plaży opalają się młode dziewczyny, a od północy biegnie grupka rozwrzeszczanych dzieci.
Riva del Garda wita nas
Rozpoczyna się najbardziej pracowity dzień naszego pobytu we Włoszech: śniadanie, próba w Palazzo dei Congressi D.Comboni w Limone sul Garda, następnie koncert inauguracyjny w Auditorium S.Giuseppe, powrót i kolejny koncert. Ten ostatni jest dla nas najważniejszy, zaprezentujemy na nim cały program. Tuż przed godziną 14.00 wsiadamy do autokaru i jedziemy do Riva del Garda. Kościół zaadoptowany na ogromną salę koncertową robi na mnie spore wrażenie. Gigantyczny Jezus podwieszony na drewnianym stropie zdaje się witać każdego. Za chwilę zabrzmią tu głosy z całego świata. Festiwal otwiera Verbandsorchester Mittelbaden z Niemiec świetnie zorkiestrowanym festiwalowym preludium A.Reed'a.
Cantata występuje pierwsza. Śpiewamy hiszpańską pieśń „L'amo de son carabassa" i to się podoba, bo jest efekt zaskoczenia. Polacy i i hiszpański utwór? Dlaczego nie polski? – pyta mnie kolega z Malborka. Odbijam pałeczkę i próbuję dowiedzieć się dlaczego „Gaude Mater" śpiewane po łacinie jest wizytówką ich chóru. - Chodzi o historię Polski, o tradycję, o rycerzy. Mamy taki poważny repertuar, „Salve Regina", „Veni Sancte Spiritus, „Czego chcesz od nas Panie. Myślę, że przydałoby się nam coś lżejszego, takiego jak „L'amo de son carabassa". Fajnie wypadła ta „Hiszpania" komplementuje nasz występ Rafał z Malborka.
Szyk i elegancja
W Auditorium S.Giuseppe prezentują się kolejne chóry. Moją uwagę przykuwają ubrane w czarno – złote suknie chórzystki z Bułgarii z zespołu „Tarnovgrad", czuję elektryzujące napięcie podczas chromatycznych glissand i niezwykłą moc emanującą z dyrygentki. Na scenę wchodzą Irlandczycy. Starsi panowie hipnotyzują publiczność operując po mistrzowsku dynamiką. Niemłode głosy brzmią czysto i wzruszająco. Ich piano i piano pianissimo będziemy długo wspominać. Koncert zamyka kiczowaty chór gospel z Francji. Wracamy do malowniczego Limone. Sala w której za chwilę zabrzmi nasz program, a w nim msza Mariana Sawy, pieśni Henryka Mikołaja Góreckiego, Ave Maria Cacciniego a także „Moon River", „Like an eagle" i „What a wonderful Word", powoli wypełnia się publicznością. Trochę się denerwujemy, Ela pyta mnie skąd będziemy wychodzić na scenę? Odpowiedzi już jej nie udzielam bo dyrygentka daje znak i wszyscy wchodzimy do kulis. Jest gorąco, śpiewamy, akustyka taka sobie, ale z każdą minutą lepiej brzmimy. W przedostatnim utworze, Basia dyryguje tak energicznie, że wypada jej kamerton, uderza o podłogę. - To było oryginalne wykonanie „Like an eagle" z dodatkowym efektem perkusyjnym, bardzo mi się podobało, powie mi parę dni później przez telefon Marta, jedna z festiwalowych dyrygentek, wspominając nasz występ.
Po koncercie wracamy do hotelu, jutro czeka na nas Wenecja. -To miasto albo się kocha, albo nienawidzi, informuje nas przewodniczka z którą spotykamy się na Piazzale Roma. Szybki marsz po wąskich uliczkach, chwila oddechu na Placu św. Marka i przejażdżka łodzią po Kanale Grande uświadamiają mi, że Wenecja dla mnie zawsze będzie magiczna. To sprawa światła i jego gry w wodach kanału. Gdy się na chwilę zatrzymasz masz szansę zobaczyć Casanovę i jego Henriettę, może nawet któryś ze słynnych karnawałów.
Tłumy turystów okupują Bazylikę św. Marka, ażurowe arkady Pałacu Dożów odbijają się w wodzie, nieopodal słychać gondolierów zachęcających do przejażdżki po kanale, a my musimy już wracać. Jeszcze tylko drobne zakupy. Razem z Magdą przysiadamy na chwilę w pizzerii. Tu wdajemy się w krótką acz głośną kłótnię z kelnerem, który policzył nam za dużo za kawę, potem oglądamy słynne, kolorowe szkło weneckie, ja fotografuję maski i tak kończy się nasza wycieczka. Gondola z silnikiem dobija na drugą stronę kanału. Wenecja została już tylko na naszych zdjęciach i w naszej pamięci.
{jumi [*6]}

Warszawa