Ostrzeżenie
  • JFolder::pliki: Ścieżka nie jest folderem. Ścieżka: /home/kur365/domains/kurier365.pl/public_html/images/9603.
  • Nie powiodło się załadowanie pliku XML.
Uwaga
  • There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery Pro plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images/9603
updated 10:54 AM CET, Dec 10, 2018
Na żywo:
A+ A A-

Jesień w Gryzonii - Alpenarena

  • Napisane przez Cezary Rudziński
  • Dział: Europa
Wyróżniony Jesień w Gryzonii - Alpenarena Fot.: Cezary Rudziński

Szwajcaria kojarzy się nam, Polakom, przede wszystkim ze znakomitymi zegarkami, serem, czekoladą oraz alpejskimi terenami sportów zimowych. Znacznie mniej liczni wiedzą, że jest to również światowe imperium bankowe, dochody którego odgrywają niebagatelną rolę w zamożności kraju.

Ponadto kraj świetnych i punktualnych kolei, przemysłu precyzyjnego, farmaceutycznego, spożywczego i jeszcze paru ekologicznych branż. Bo troska o ekologię ma w nim znaczenie szczególne. Nasi turyści jeżdżą tam głównie w zimie, tymczasem ojczyzna Wilhelma Tella atrakcyjna jest praktycznie przez cały rok, oferując gościom ciekawy, zdrowy, różnorodny i aktywny wypoczynek oraz znakomitą kuchnię. Te dwie dziedziny były tematem dziennikarskiej podroży studyjnej do największego szwajcarskiego kantonu – Gryzonii. Zorganizowało go przedstawicielstwo Switzerland Tourismus w Warszawie, we współpracy z lokalnymi organizacjami turystycznymi w regionie Alpenarena: Flims – Laax – Falera oraz Chur.
Do wąskiego, 6-osobowego grona dziennikarzy zaproszono również przedstawiciela naszego portalu. W Gryzonii – po niemiecku Graubünden, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy Szare (lub Górne) Związki, a nie ma nic wspólnego z gryzoniami – byłem już wcześniej, chociaż częściowo w innych regionach. Oferuje on jednak tyle atrakcji, że nawet w trakcie wielu do niego wyjazdów trudno poznać wszystkie.

 

Kraina koziorożców, Heidi i źródeł Renu

„Jesteśmy największym regionem wypoczynkowym Szwajcarii – przedstawili się gospodarze we wręczonych nam materiałach informacyjnych. Krainą koziorożców, ojczyzną Heidi (bohaterki rubasznych filmów – dodam), źródła Renu i najwyżej położonym regionem urlopowym w Alpach. Gryzonia to także imponujące góry, słynne na cały świat miejsca wypoczynkowe jak Engladin St. Moritz, Davos, Klosters, Arosa, Lenzenheidl i Flims Laax. Ponadto gościnność, dziewicza przyroda, wypoczynek w autentycznych wioskach i dolinach. Region wyjątkowej aktywności dla miłośników gór i rowerów, oferty golfowej, wellness i spa, podróżowania pociągami, sztuki i kultury.".
Baza turystyczna jest tu rzeczywiście fantastyczna, zaś dzieje tego skrawka Europy burzliwe i ciekawe. Ich ślady pozostały w zamkach, świątyniach, zabytkowych miastach i muzeach. Ale po kolei. Gryzonia ma 7.106 km² powierzchni – jedną szóstą całego kraju, z czego 27 proc. zajmują lasy. Ponad 190 tys. stałych mieszkańców mówi najczęściej po niemiecku. Ponadto po włosku oraz w języku retoromańskim, który status czwartego języka urzędowego uzyskał dopiero w 1938 roku. Różnica poziomów, na których znajdują się poszczególne miejscowości i miejsca sięga niemal 4 tys. metrów.
Najniżej, na wysokości tylko 279 m n.p.m., leży San Vittore na granicy włoskiej. Najwyższy szczyt, Piz Bernina, ma 4.049 m n.p.m. A w ogóle alpejskich szczytów jest tu dokładnie 937! Ponadto 615 jezior i 150 dolin. Do dyspozycji turystów (i, oczywiście, mieszkańców, którzy z tego chętnie korzystają) jest m.in. 11 tys. km oznakowanych szlaków pieszych, 4 tys. km tras rowerowych, 2,2 tys. km narciarskich tras zjazdowych, 1,8 tys. km tras narciarstwa biegowego i 1,4 tys. km zimowych szlaków wędrownych. Przy nich są niezliczone schroniska, hotele, restauracje, gęsta sieć kolejek linowych i wyciągów narciarskich itp.

 

11 tysiącleci dziejów

Osadnictwo w Gryzonii ma już liczącą 11 tysiącleci (!) historię. W 15 r. p.n.e. podbili ją Rzymianie tworząc prowincję Raetia Prima. Było to bowiem terytorium plemienne Retów. Od VII w. stanowiło niezależne państwo kościelne. Zainteresowanych szczegółami historii Gryzonii odsyłam do poświęconych jej publikacji. Wspomnę tylko, że od 451 roku w stolicy kantonu – Chur jest biskupstwo. W VIII w. ziemie te zostały zajęte przez Karola Wielkiego, a w 843 r. przyłączone do państwa Wschodnich Franków. Ale biskupstwo w Chur i opactwo w Desentis stanowiły w nim praktycznie samodzielne państwa feudalne.
Nowożytne dzieje tego obszaru zaczęły się w 1395 r., gdy powstało państwo „Wspólnota Trzech Związków" – Graubünden, z systemem gmin o znacznej samodzielności. Współpracujące z Konfederacją Szwajcarską, ale jednym z jej kantonów Gryzonia została dopiero w roku 1803. Wystarczy jednak chyba historii, pora na relację z podróży. Szwajcaria, mimo iż powinna być w niej „złota jesień", nie przyjęła nas zbyt gościnnie. Na lotnisku w Zurychu była lekka mżawka i ślady większych opadów. W Chur, po 1,5 godzinnej jeździe pociągiem nie padało, ale chmury były nisko. Jeszcze niżej w pierwszym miejscu naszego pobytu – Laax, jednej ze wspomnianych trzech, dobrze skomunikowanych miejscowości zimowego regionu Alpenarena. Każda z nich, a przynajmniej Laax i Flims, składa się z kilku dawnych wsi i osad, które zachowały stare nazwy. Największymi są Laax Dorf położona na wysokości 1020 m n.p.m. i Laax Murschetg (1100 m) wokół stacji kolejki linowej na Larnags (1160 m) i Crap Sogn Gion (2228 m) – tu nas zakwaterowano w hotelu Signina - a także Flims Dorf (1100 m) ze stacją kolejki linowej na Cassons (2675 m) z przesiadkami na Foppa (1420 m) i Naraus (1842 m) oraz Flims Waldhaus (1130 m.) – najdogodniejsze miejsce wypadowe do Conn przez szmaragdowe jezioro Caumasee i nad przełom Renu płynącego w głębokim kanionie.

 

Wędrówki w chmurach

Nie, to nie poetycka przenośnia, lecz rzeczywistość z jaką mieliśmy do czynienia na początku tej podróży. Na szczęście nie zepsuła nam programu. W Laax było poznanie, a dla chętnych aktywny udział w zajęciach Freestyle Academy, obiektu sportowego, w którym można – dotyczy to przede wszystkim młodzieży – dokonywać różnych wariactw na deskorolkach, sprzęcie do ślizgania się, skoków do basenu wypełnionego szarymi, przypominającymi betonowe bloki, kawałami gąbki itp. Ale o tym napiszę osobno. Drugim punktem programu było zwiedzenie „Rocksresortu" należącego do hotelu Signina.
Jest to zespół ośmiu 2-4 piętrowych, luksusowych (4*), niewielkich apartamentowców w kształcie sześcianów obudowanych szarym, łamanym granitem. Rozrzuconych nieregularnie wokół centralnego placu, w paru przypadkach niemal wchodzących na siebie narożnikami, z oknami przez które można zaglądać do sąsiadów. Inspiracją dla autorów tego projektu, Jona i Thomasa Domenigów było wielkie trzęsienie ziemi w rejonie Flims około 10 tys. lat temu które ukształtowano obecną jej powierzchnię od Falery przez Laax aż do Flims. Inwestycja ta uznana została przez renomowany magazyn „Wallpaper" za najlepszą w kategorii „nowy ośrodek narciarski".

{gallery}9603{/gallery}
Identyczne wnętrza apartamentów składają się z dwu sypialni, dużego livingroomu z kuchnią oraz łazienki. Wykonane są z kamienia i drewna, tak samo wyposażone. Można je wynajmować lub kupić na własność. W czasie gdy z apartamentu nie korzystają jego właściciele, na ich życzenie wynajmem zajmuje się hotel. W zespole budynków są restauracje, bary, puby, sklepy, ośrodek wellness itp. Na kolację w górskiej restauracji Tegia Larnags, obok stacji nieczynnej o tej porze kolejki linowej Larnags (1160 m n.p.m.), wchodziliśmy i schodziliśmy w chmurach.

 

Aktywnie przy stole i w górach

Był to pierwszy punkt programu poznawania miejscowej kuchni. Hitem okazały się kapuny (Larnagser Capuns). Danie będące skrzyżowaniem małych gołąbków i knedli, czy raczej kołdunów. Farsz z odpowiednio przyprawionego mięsa zawijany jest jednak nie w ciasto, lecz w liście rosnących w okolicach krzewów. Nazywają się one Mangold, co wg. słownika znaczy botwina. Nie mają jednak niczego wspólnego z liśćmi buraków, lecz prawdopodobnie złotokrzewu lub złocienia. Podane w sosie grzybowym okazały się pyszne. Przy okazji zacząłem studiować karty dań także po stronie ich cen. Okazały się, ujmując to w sposób uproszczony, bardzo podobne do naszych, czyli nominałowo 1:1. Gdyby jeszcze frank szwajcarski wart był złotówkę, a nie blisko 3,5 zł... W wielu podobnych restauracjach notowałem ceny. Sałatki, przekąski i zupy – od 6 (oczywiście za jedną) do 28 CHF. Większość w granicach 16-18 CHF. Dania główne, np. sznycel z grzybami i czerwoną kapustą, makaron alpejski z musem jabłkowym, różnego rodzaju steki, dania z kurczaka, grzyby z krewetkami, pizze itp. 21-39 CHF. Desery 7,5-12 CHF. Piwo miejscowe małe 5-6, duże 7-7,50 CHF. Szwajcaria nie należy do tanich krajów.
Drugi dzień pobytu przewidziano na aktywny wypoczynek. Dla większości uczestników w postaci półdniowej górskiej wyprawy rowerowej z przewodniczką na trasie: Laax – Flimser Forest – Caumasee – Creastasee – platforma widokowa na przełom Renu w Conn i tam przerwa na obiad. Po nim trasą okrężną do Flims Dorf na specjalnych rowerach z elektrycznym zasilaniem. Przy zjeździe silniczki ładują się, pod górę można jechać niemal bez pedałowania. Rowery te są w kilku rozmiarach, więc można sobie dobrać odpowiedni. W ofercie specjalnej hotelu ich wynajęcie kosztuje 21 CHF dziennie.

 

Chcesz zjeść – wdrap się

Wybrałem jednak pieszy wariant aktywnego wypoczynku. Poznawanie okolicznych miejscowości oraz przepiękną trasę – to temat na osobną publikację, którą zapowiadam – do przełomu Renu. Pogoda poprawiła się, wyszło nawet słońce. Pozwoliło mi to zobaczyć i sfotografować wiele interesujących architektonicznie budynków, a także zauważyć np. tablice w lasach informujące, że pierwsza dekada każdego miesiąca w sezonie jest dla grzybów okresem ochronnym, zaś zbieranie ich w pozostałe dni nie może przekroczyć 2 kg na osobę. Z kolarską częścią grupy spotkałem się na obiedzie na przecięciu się naszych tras.
Trzeci dzień miał przede wszystkim program gastronomiczny. Ale według zasady: chcesz zjeść – dojdź na własnych nogach do kolejnej restauracji w schronisku, nawet jeżeli znajduje się kilkaset metrów wyżej. Wdrapywanie się na zbocza i góry gwarantuje bowiem prawidłowe spalanie nadmiaru kalorii. Gospodarze proponują tu turystom trasę kulinarną „Berg & Sicht" (Góra i Widok) przewidzianą na 8 godzin marszu, z przerwami na posiłki.
Karnet na nią w cenie 79 CHF (w br. kupiono ich około 500, co trudno uznać za duże zainteresowanie) ważny jest od 30 czerwca do 21 października 2012 r. Można wykorzystać go jednego dnia, tak jak zaprogramowano to dla nas, albo w dowolnych terminach w tym przedziale czasowym. Każda z pięciu wymienionych w niej restauracji zobowiązana jest do zaoferowaniu dwu dań lub potraw do wyboru. Gdyby płacić za nie osobno, wypadłoby sporo więcej niż koszt karnetu. Trasę ułożono według dziennego cyklu posiłków. Zaczyna się ona w restauracji hotelu La Siala w Falerze lampką koktajlu Prosecco lub szklaneczką napoju energetycznego.

 

Szkoda, że państwo nie mogą tego zobaczyć...

W następnych dwu serwują przekąski. W Tegia Larnags (1160 m) szynkę z melonem lub sałatkę pomidorową z mozarellą. W restauracji górskiej Rincahöche (1364 m) pizokle (rodzaj pierożków) ze szpinakiem lub orientalnych. Obiad w restauracji Startgels (1590 m): pularda cielęca lub polędwiczki baranie z dodatkami. Deser w restauracji górskiej Spalegna, już poniżej 1400 m n.p.m. – ciasto lub owoce. Trasa do pokonania pieszo: blisko 17 km nie licząc różnicy poziomów. Ruszamy z Falery. Chmury niemal od góry do kolan. Widoczność ograniczona do kilku, wyjątkowo kilkunastu metrów. Droga biegnie skrajem zboczy, przez las i łąki. Gdzieś tuż obok słychać dzwonki krów i owiec. Gdy w chmurach robi się chwilowo dziura, widać nawet pasterskie szałasy. Warunki, chociaż nie pada, fatalne. Przypominają się słynne słowa sportowych sprawozdawców radiowych z czasów przedtelewizyjnych: Szkoda że państwo nie mogą tego zobaczyć. Po powrocie, dla chętnych, jeszcze spa, sauna etc. No i pożegnalna kolacja w – to dla mnie ogromne zaskoczenie – nie szwajcarskiej, lecz orientalnej restauracji Nooba, we wspomnianym już Rockresort. Ale kuchnia rewelacyjna, pokazuje różnorodność oferty gastronomicznej. Jeszcze tylko noc, śniadanie i jedziemy dalej: do Chur.

{jumi [*6]}

 

Warszawa